Poddanie się temu, co jest - brak oporu.
Eckhart Tolle pisze, że jeśli chcesz wyplenić z własnego życia ból i smutek należy poddać się temu, co jest w tej chwili.
Pogodzić się bezwarunkowo z obecną chwilą, wyrzec się oporu wewnętrznego przed tym, co jest. Opór wewnętrzny to niezgoda na to, co jest, wyraża się poprzez myślowe osądy i negatywne emocje. Opór i umysł są bowiem jednym.
Ale poddanie się temu co jest, nie oznacza kapituacji. Poddanie się jest procesem czysto wewnętrznym. Nie oznacza, że nie możesz zarazem na zewnątrz przedsięwziąć czegoś, aby zmienieć sytuację życiową. Wręcz przeciwnie. Skupiasz się wyłącznie na obecnej chwili, nie opatrując jej w myślach żadną etykietą. Znaczy to, że nie osądzasz teraźniejszości. Skoro tak, nie opierasz też się ani nie doznajesz negatywnych emocji. Godzisz się z "jestestwem" danej chwili. Dopiero potem zaczynasz działać i robisz to, co należy, aby np. wydostać się z błota, jeśli w nim utkwiłeś, lub zmieniasz oponę, jeśli złapałeś panę. (Ale bez psioczenia na tą sytację).
Zaniechanie oporu wznosi na nieporównywalnie wyższy poziom świadomości, a w ślad za nią wszystko, co robisz lub tworzysz.
To, jaką przyszłość dane ci będzie przeżywać, zależy głównie od teraźniejszego stanu twojej świadomości, poddanie jest więc najważniejsze ze wszystkiego, co możesz zrobić, żeby spowodować zmianę na lepsze.
Dzięki poddaniu zstępuje na ten świat energia duchowa.
Zastanawiałam się, jak poddanie ma się do rozpoznanej choroby np. raka. Tyle ostatnio słyszy się, że ktoś podjął walkę z rakiem, ktoś przegrał walkę z rakiem. Choroba jawi się jako przeciwnik, z którym należy walczyć.
Jak według zasady poddania się temu co jest, postąpić z chorobą?
Jeśli dobrze rozumiem, to należałoby rozpoznać fakt "mam raka" bez nadawania temu etykietki "źle, strasznie, śmiertelnie" i podjąć leczenie na rzecz wyzdrowienia.
Tak naprawdę rzadko w ogóle zdajemy sobie sprawę z tego, że od chwili narodzin żyjemy "z wyrokiem". Każdy kto narodził się umrze. Chcemy odsunąć ten moment w czasie. Nie wiemy, jak to będzie, ego boi się, bo jego całym światem jest świat myśli.
Ale jeśli już teraz zaczniemy powolutku zagłębiać się w Istnienie, poznawać przestrzeń bez umysłu, to być może lęk przed "nieznanym" zacznie słabnąć. Zaczniemy odczuwać kim naprawdę jesteśmy i zaczniemy wracać w każdej obecnej chwili do źródła. Wówczas zorientujemy się, że "śmierci" nie ma, bo życie jest wieczne, odnawialne z chwili na chwilę.